I Liceum Ogólnokształcące im. Juliusza Słowackiego w Skarżysku-Kamiennej
Dominika Jasińska PDF Drukuj Email

PROZA

 

Kawa z mlekiem

 Rozlałam kiedyś kawę z mlekiem. Wiem, że nie powinnam pić, ale potajemnie nic mi się przecież nie stanie. Głupie myślenie. Kubek przytulił się do biurka, a wielkie morze kawy z mlekiem w kolorze kawy z mlekiem poczęło uchodzić wąską strużką wprost na wypastowaną już podłogę. Normalny człowiek w takiej sytuacji podniósł by się i poszedł po ścierkę, żeby zminimalizować niechcianą wilgotność do zera. Ale ja jestem nienormalna i nigdzie nie poszłam. Siedziałam i czekałam aż wyparuje. Po kilku minutach wąski potok osłabł a jego wstążeczka przerwała się. Na biurku mokra plama była nieco mniejsza niż ta na podłodze. Na krawędzi spostrzegłam małą kroplę. Ta najszybciej uciekła, około północy już jej nie było. Byłam senna ale chciałam zobaczyć jak plama znika. Gdy po raz kolejny wybiła północ jej wielkość zmniejszyła się nieco, a wokół pozostał klejący się ślad. Spędziłam sześć dni przy tej rozlanej kawie, bo jestem nienormalna o czym już wspominałam. Podniosłam się gdy ostatnia kropelka odleciała w górę. Mój wzrok powędrował za jej niewidzialnym śladem, intuicyjnie do góry. Nieco się zdziwiłam  gdy zobaczyłam odbicie dwóch plam na suficie dokładnie w takim samym kształcie i kolorze. Zmarnowałam sześć dni na obserwacje kolejnych startów kropelek kawy z mlekiem, by teraz stwierdzić, że muszę odmalować na żółto cały pokój. Biurko i podłogę przetarłam mokrą ściereczką, ściany odświeżyłam w jeden dzień. Wszystko wróciło na swoje miejsce. Właściwie nie do końca. Ja miałam przed oczami tą zamalowaną plamę. To, że jej nie było widać nie oznaczało, że jej tam nie ma. To mnie niezwykle dręczyło i czułam ogromny żal do siebie, że dopuściłam się tych sześciodniowych, bezsensownych obserwacji. A kubek? Przez prawie tydzień przytulał się do biurka i obdarzył go gorącym uczuciem. Cierpi niezwykle z powodu rozłąki. Mógłby tam stać, ale nie pasuje do wystroju a ja obiecałam sobie, że nie napije się już więcej kawy z mlekiem. Rzeczywiście nie powinnam...

Moje wilki

Wilki były piękne w swej naturze. Nigdy nie zdołasz mieć choćby jednego, zawsze odchodzą wtedy, kiedy chcą, bez słowa, po cichu, nie można ich zatrzymać, uwięzić, tylko wolność liczy się na tym świecie, nie można się przywiązywać ani do osób, ani do rzeczy, ani do wilka, tylko księżyc jeden pozostanie dla ciebie i miliardów innych taki sam. Nie potrafią kochać? Nie, to nie może być prawda, widziałam nieraz jak walczą, jak są w stanie splamić swe czyste serca krwią napastnika, jak rozrywają na strzępy tłumiące ideały, jak gryzą sznury i pęta, to straszne widzieć to, ale jeszcze gorzej, gdy robisz to sam. Wtedy stajesz się jednym z nich: serce obrasta szaro-srebrnym futrem, rośnie mu puchaty ogon i zaczynasz wielbić wolność, las i bieganie. I biegniesz razem ze swoją watahą, gdzie każdy jest magiczną indywidualnością i nikt nie szuka bliskości, a jednak łączy was jedność. To wspaniałe stać się wilkiem, ale jednak trochę głupie, bo wilki mają mądre głowy i serca, i szlachetną duszę, ale to futro które ich porasta jest ciepłe i naiwne i przez nie tak tęsknią, gdy ktoś odchodzi i boli gdy rzuca w nie kamieniami oszustw. Dlatego przed moim domem nie było ani jednego kamienia: pozbierałam wszystkie, wyrzuciłam każdy, żeby nie było łez w stadzie. Stado i ja czekaliśmy długo na mróz i skrzypiący śnieg. A kiedy się już pojawił było wiadome, że z szafy trzeba wyciągnąć sweter i rękawiczki. Zawsze najbardziej marzną mi dłonie, bo głupie serce traci ciepło na wyobraźnię i przez to parują mi w zimie włosy i policzki, a ręce lodowate straszą wszystkich.

Co się zdarzyło na ulicy Sienkiewicza

Śnieg tej nocy padał mocno nad uśpionym, sennym miastem, pozostawiając swe krystalicznie czyste, cudownie białe wiadomości na dachach, parapetach i framugach drzwi. Falowałam i ja, unosząc się wysoko, odczuwając coraz silniej chłód drażniący okrytą za dużym swetrem skórę. Połyskujące w dole latarnie zdawały się przedrzeźniać pozostające wysoko w górze gwiazdy – przybierały te same pozy, układy, zwielokrotniały siłę ich blasku, przechwalając się swą potęgą w odzwierciedlaniu rzeczywistości. Były w tym tak idealne, że gdyby nie piętrzące się pode mną budynki, nie byłabym w stanie odróżnić prawdziwego nieba, od jego sztucznego odbicia. Ulice łączyły te lśniące punkty, biegnąc wzdłuż nich, rysując postacie z legend, baśni, greckich opowiastek. Te sztuczne konstelacje zdawały się nagle ożywać. Ulice podnosiły się w dzikie tygrysy, przeistaczały w skrzydlate postacie, wydłużały w smukłe i lśniące wróżki. Wszystko w dole iskrzyło, błyskało. A w brzuchu czułam to magiczne łaskotanie, wielką ekscytację, przedziwnie niepokojące oczekiwanie. To tutaj, na ulicy Sienkiewicza, jego kręcone włosy, blada skóra i dwa szmaragdy zamiast oczu, tonąc w śniegu, śmiały się razem ze mną z moich beznadziejnie irracjonalnych opowieści. A opowiadając je, dotykałam swych zmarzniętych, przenikających w czerwień jego ust, policzków. Pod moimi stopami lśniło wciąż to samo niebo, z tysiącem nierealnych postaci, o których mu opowiadałam. Na ulicy Sienkiewicza.”


Smutna opowieść o nocy Leonidów

    Rozpostarte skrzydła czerni zagarniały od wschodu cały horyzont, majacząc ledwie iskrzącymi źdźbłami kosmicznych traw. Nieomal słychać było ten szum gwiezdnych słońc, nadciągających tłumnie w moim kierunku. Zachodnie niebo tliło się niczym mdlejące ze zmęczenia ognisko, dzień gasł pod ciężarem swego własnego cienia. Nadchodziła noc, w powietrzu unosiły się jej senne i mgliste siostry, ostre powietrze wdzierało się do płuc, drażniąc je z każdym kolejnym oddechem. Słońce schowane pod horyzont zdawało się ostatnimi promieniami nasłuchiwać szeptów nocnego nieba, które właśnie wkradało się do wszystkich domów, przez otwarte okna, niedomknięte drzwi, dziurki od kluczy, kominy, szpary w starych dechach. Wypełniało powoli każdą dostępną przestrzeń, snując się po uśpionych ulicach, zaganiając spóźnionych przechodniów do swych łóżek. Cisza stawała się coraz głośniejsza, a czerń nocy jaśniała swą wielkością i potęgą nad moją głową. Szepty, szmery, dalekie chichoty gwiazd, pieśni tajemniczych zjaw nad horyzontem i pohukiwanie sów zdawały się wyłaniać znikąd, odbijając się od starych, pochylonych nad losem traw dębów. Milkły i podnosiły się nagle morskimi falami, drżąc i przytulając się do dachów, płotów i latarni ulicznych, przedrzeźniały swe własne echo. Wpadały wprost do mojej głowy nie dając rozróżnić choćby jednej, indywidualnej, dźwięcznej wskazówki, słowa drogowskazu. Kiedy czerń zagarnęła już cały mój świat, usypiając zwisające z balkonów kaskady pokornie zamkniętych kwiatów, docierając daleko do tracącego pod jej naporem zieleń lasu, na niebie pojawiły się znajome linie. Biegły wzdłuż wyznaczonych przed tysiącami lat ścieżek, wydeptanych przez nocne istoty dróżek, wyrytych ostrymi końcami ich włóczni bruzd. Na firmamencie pojawiał się Starzec, a w jego zmarszczkach kryły się zlęknione i zbłąkane, pulsujące regularnie, drobne i błyszczące łzy. Tłumnie wypełzały z jego zamglonych oczu, snując się zwolna, rozlewając się przez środek nieba, łącząc ze sobą wschodni i zachodni horyzont, dzieląc wyraźnie północ i południe na siostrę i brata. Niektóre z nich wymykały się z korowodu, pozostawiając daleko w tyle swe smukłe odbicia, niknąc szybko w niezwyciężonym o tej porze mroku. Starzec nabrał w swe usta powietrza sprawiając, że wszystkie odgłosy i nocne drobinki wędrowały wciągane przez jego siłę do góry. Szybowałam i ja unosząc się na jedną małą chwilę do góry i opadając z chwilą gdy Starzec wypuścił ukryte gdzieś w odległej przestrzeni powietrze.

  Nie raz obserwowałam już przedstawienia bezksiężycowej nocy, nie raz podsłuchiwałam rozmów jej błyszczących poddanych. Dziś jednak dało się wyczuć w atmosferze jakąś nieokreśloną ekscytację, mieszającą się z mdłym niepokojem. Coś musiało się zdarzyć po drugiej stronie, kiedy wszechświat dookoła mnie wypełniał ciepły wiatr jasnego Słońca. Tajemniczość i groza tego momentu wprawiały w zalęknięcie każdy centymetr ziemi, na której siedziałam, dziwnym trafem omijając, nie dosięgając mnie samej, przykrytej jakby szklaną kopułą lub przeźroczystą tkaniną. Wszystkie gwiazdy podążały w tym samym, niezmiennym od pierwszego Słowa kierunku, wirując, zataczając okręgi, wyciągając ze wschodu nowe, radosne siostry, spychając w przepaść zachodu te nieszczęsne. Ale coś zdawało się zakłócać tę nieprzerwaną grę narodzin i śmierci, coś tliło się niepokojąco czekając na zapalną iskrę, szarpiąc za wystające krawędzie obłoków, wprowadzając nocnych obywateli w dziwny, niespotykany trans. Przeźroczyste duchy o widocznych krawędziach zdawały się lądować na rozciągających się daleko przed mymi oczami polanach, z lasu wybiegały kolejne dołączając do nich, zbierając się w grupy, łącząc się w szare tłumy, widoczne kącikiem oka.

  To nie była zwykła noc, coś zaraz miało się wydarzyć. Zebrane na polanach duchy wiły się, szukając swych własnych miejsc. Szepty uciszył nagle dźwięk przesuwanej zasuwy niebieskiej, przede mną i przed milionami innych otworzyły się właśnie pierwsze z wrót firmamentu, skrzypiące zawiasy przeszywały swymi krzykami, sprawiając dziwnie akceptowalny ból i niezrozumiale doświadczalny zmysłem słuchu zachwyt. Szczelina stopniowo poszerzała się, a wychodząca z niej skrzydlata sylwetka tajemniczej postaci podparła jedne z wrót ogromnym kamieniem. Drugie oparła o ciało śpiącej już dawno Wielkiej Niedźwiedzicy. Łzy cieknące nieprzerwanie od pierwszych chwil nocy wlatywały teraz przez otwarte wrota do jeszcze odleglejszej przestrzeni. Wytężałam wzrok, żeby zobaczyć, co się znajduje w niedawno otwartej komnacie, na darmo wciągając szyję ku niebu. Skrzydlata postać zniknęła za murem oddzielającym jedną przestrzeń od drugiej, a cały świat, aż po skraj polany i stopy lasu po przeciwnej stronie zamilkł, zasłaniając swe usta dłonią ciszy. Znieruchomiałam i ja, zastygłam w oczekiwaniu na coś odmiennego, spoglądając w tym samym kierunku, co duchy unoszące się daleko nad trawami. Miałam wrażenie jakby ta chwila trwała wiecznie, zdawało mi się że sen przykrywa mnie swoim granatowym płaszczem szepcząc mi do ucha ulubiona bajkę. Miałam wrażenie, że obserwowałam wydarzenie przez zamknięte powieki. Nie wiem czy to, co potem zobaczyłam, było prawdą czy moim ukrytym i wcześniej nieodstępnym zmysłom marzeniem… .

  Przez otwarte wrota na niebo wszedł Lew o sylwetce zaznaczonej wyraźnie jasnymi gwiazdami, które stojąc w miejscu przekazywały blask swym sąsiadkom w miarę jak zwierzę poruszało się naprzód. Bujna grzywa skupiała w swych krawędziach drobniejsze lecz liczniejsze gwiazdy, które drżały z każdym kolejnym jego krokiem. Spacer Lwa wydawał się trwać całą wieczność, odciskając w mej głowie niepokojąco wolne ślady czasu. Kiedy łzy Starca zmieniły wraz z innymi gwiazdami swój bieg, rozlewając się z Jego oczu na zachód i wschód, Lew przystanął a niebo zadrżało od jego potężnego ryku, który sprawił, że ciągle zlęknione gwiazdy zaczęły z wolna staczać się z firmamentu. Wyzwolona energia rozchodziła się falami po niebie uśmiercając najsłabsze z nich, sprawiając, że niczym rzucone o ścianę, topiły się rozpływając się jasnymi wstęgami w kierunku ziemi. Milczące dotąd tłumy poczęły niespokojnie wypowiadać na głos dziwne słowa, a było ich tak wiele że nałożone na siebie tworzyły niesamowitą pieśń, niesioną wysoko do góry. To tam mieszała się z płaczem ginących ofiarnie gwiazd, spadających od ryku nieugiętego Lwa. Przerażona wpatrywałam się w nie, ganiąc swoje własne myśli za zachwyt nad tym okrutnie pięknym i nieziemsko przerażającym zjawiskiem. Natchniona chęcią niesienia pomocy biegłam w ich kierunku, wyciągając dłonie, lecz gwiazdy, jak bańki mydlane rozpryskiwały się tuż przed opuszkami moich palców, wypowiadając ostanie słowa swego istnienia. Niebo huczało od dziwnie spokojnego lecz potężnego ryku Lwa, który nieprzerwanie czynił swą okrutną powinność. Pieśni duchów nikły w modlitwach błyszczących wysoko błyskotek rozpaczliwie trzymających się nocy – swej matki, obolałymi z wysiłku dłońmi. Nie byłam w stanie zrozumieć tego, co się działo, nie potrafiłam zabić w sobie nieopartego oczarowania przedstawieniem i współgrającym ze śmiercią rykiem Lwa. Łzy Starca ledwie trzymały się swego korytarza, a Ten płakał jeszcze rzewniej widząc ofiarę swych małych córek. Ziemię pogrążała dziwnie przytłaczająca żałoba, sen stawał się przekleństwem, piękna noc okrutną macochą, śpiewające i radujące się duchy czarnymi wrogami. Nie chciałam patrzeć, jednocześnie nie mogąc oderwać oczu od smug pozostawianych przez upadające gwiazdy. Chaos i hałas huczącym echem odbijały się w mej głowie, słabnąc z każdą kolejną chwilą, ustępując miejsca dziwnie rozbitym emocjom… .

  Chwilę potem nie było już niczego: płaczu gwiazd, śmiejących się duchów, zmęczonego Starca, potężnego Lwa, wspaniałej nocy. Miałam wrażenie, że i ja gasnę, wpatrując się w ostanie wleczące się w bólu po starcie swych ukochanych sióstr gwiazdy, które znikały jedna po drugiej na zachodzie. Nie było też otwartych wrót, ani nawet sennych mgieł, które zdały się wyparować w chwilach mej nieuwagi. I tylko spokojna czerń powoli wychodziła z domów przez otwarte okna, niedomknięte drzwi, dziurki od kluczy, kominy, szpary w starych deskach. Zwalniała powoli każdą dostępną przestrzeń, snując się po budzących się ulicach, wyciągając wciąż spóźnionych przechodniów ze swych łóżek. Cisza stawała się coraz cichsza, a czerń nocy bladła w swej wielkości i potędze nad moją głową. Szepty, szmery, dalekie łkanie gwiazd, pieśni tajemniczych zjaw nad horyzontem i pohukiwanie sów zdawały się odchodzić donikąd, odbijając się od starych, pochylonych nad losem traw dębów. Milkły i opadały morskimi falami, drżąc i odrywając się od dachów, płotów i latarni ulicznych, przestały przedrzeźniać swe własne echo. Wypadały tłumnie wprost z mojej głowy. Kiedy czerń porzuciła już cały mój świat, budząc zwisające z balkonów kaskady dumnie otwartych kwiatów, oddając lasu jego zieleń, z nieba poczęły znikać znajome linie. Biegły teraz wzdłuż wyznaczonych przed tysiącami lat ścieżek, po drugiej stronie mych własnych marzeń… .

------------------------------

WIERSZE Z 2015r.


1. Ziemia i Powietrze

Podnoszą się cienie w blaski

Obłok nad łąką opada

Powietrze spragnione ziemi

do lasu przez zieleń się wkrada

Różanopalczasta Eos

wdrapuje się na skórę

Ból się przemienia w nicość

pod ciepłych skier tabunem

Szmaragdy ciemne toną

głęboko w dzikim szale

Czerwień rozplata węzły

wiatr pod skórą gna w cwale

Czarna i mokra ziemia

mdleje w swoim sprzeciwie

Oplata powietrze rękoma

przyciąga mgłę żarliwie

Wirują w głowach obłoki

mgła się ciężka pokłada

Zbyt wiele waży powietrze

zbyt słaba dłoń jest, zbyt mała

Buk pochyla się dobry

gałęziami niebo zasnuwa

Drży w ściółce mokra ziemia

powietrza ogień odczuwa

Wiatr pochłania płomienie

z węzłów buk się rozplata

Zieleń powraca z niebios

mgła na skrzydłach odlata

Milkną melodie lasów

wilki ze snów się budzą

Jaśnieje czerwień na ustach

Szmaragdy ziemię ostudzą

2. Rewolta

 W nocy pójdziemy w las

z chustami wokół twarzy

I nie rozpozna las

zapachu i ust zbrodniarzy

Kto nam zabroni ziemię

oburzyć milion razy

Niech dzisiaj cały świat

gwiazdy wystawi na straży

I niech nam ciemny wiatr

sztandar złoty rozwinie

Niech wzniesie się ponad las

wolności krzycząc imię

Niech popamięta ląd

słowa nasze gorące

nim wstanie jasny świt

zbudzimy kwiaty śpiące

Gałęzie wysokich drzew

w mrowiska gwiazd wetkniemy

Zadrży ziemia znów

i zagrzmi firmament niemy

Sprujemy rzymskie drogi

w ciasny kłębek zwiniemy

Schowamy w morzu piach

ocean w pustynię cofniemy

I nie odnajdzie nikt

ścieżek do losów kolei

Gdy zaskrzy płomienna skra

kronika się spopieli

Będziemy się głośno śmiać

gdy w popłoch kamień wpadnie

Gdy wleci nam w ręce nóż

srebrny księży pobladnie

I spadnie szarawy głaz

w otchłań mórz się zatopi

Zaświszczy w triumfie wiatr

mgły na wodzie rozgromi

Anielscy stróże w noc

zlecą się tłumnie za nami

Lecz nie powstrzyma nas

białe widmo skrzydłami

Niech się dowiedzą ludzie

niech słodka pieśń z ust płynie

niech młodość i psotnik wiatr

wolności sławią imię

Niech hula w naszej krwi

marzenie dzikich smarkaczy

Niech zapach rozpozna buk

niech usta las  zobaczy

Bo gdy nadciągnie dzień

noc z nas rozpustę zmyje

Zaśniemy wtuleni w las

buk mądry nas ukryje

Nie wyda nas płochy ssak

głaz szary nam wybaczy

Nie dowie się dobry Bóg

i buntu nie zobaczy

Zachowa ziemia sekret

gdy światło planet się skończy

Rewolta omdleje w brzask

wiatr się od nas odłączy

3. Innocentiam

Biegniemy we mgle przez las

światła gwiazd szarzeją

Rozpływa się mój świat

pod Twoją ciężką zielenią

Mokra i czarna ziemia

wdziera się pod paznokcie

Biała sukienka jak mgła

na dziejach ziemi tej spocznie

Sukienkę okryje cień

lecz biel jej pojaśnieje

Bo nie ma słodszej niewinności

niż nasze przewinienie

Nim się stoczymy w dół

z tego stromego zbocza

Ostatni raz błyśnie zieleń

w Twoich zamglonych oczach

Potem zaszkli się świat

policzki poczerwienieją

Płuca wypełnią się całe

mokrą i czarną ziemią

Mleczna i gęsta mgła

stróżem naszym się stanie

Drzewa otoczą w krąg

Twoje ciepłe wyznanie

Świt ugasi zmrok

rozplącze węzeł dłoni

Brzask podniesie krzyk

i z lasu nas przegoni

Uciekać nadszedł czas

nim słońce nas dogoni

Nim jego jasny blask

zburzy zimno Twych dłoni

Uciekać trzeba nam

nim Niebo nas odkryje

Nim jego błękitna łza

ziemię z Twych ust obmyje

Ziemia pochłonie Twój pot

i krople ze skóry mej spije

Dotrze ta woda w głąb

korzenie drzew obmyje

W buki co kryły nas

zieleń Twych oczu wsiąknie

Na ziemię padnie cień

ukryje ślady wspomnień

Spojrzymy w milczeniu na las

rumieniec we włosach skryję

Rozpłynie się mleczna mgła

ślady czerwieni odkryje

Gdy dzień odejdzie znów

w las uciekniemy z powrotem

Las cały będzie drżał

gdy palce w ziemi zatopię

4. Katharsis

Ktoś kiedyś myślał,

że rozpadło mi się serce.

Ach, jaki ty jesteś naiwny!

Ta rysa na czerwieni

to pęknięcie, takie jak w ziemi,

gdy się nowe życie budzi,

gdy się z ziarna wykluwa nadzieja

Ktoś kiedyś mówił, że pożałuję.

Nie mogę się przestać śmiać

to z Twojej strony takie żałosne

Nawet mnie trochę nie zaszczypało,

są lepsze głupstwa od Twoich.

Owszem, serce boli,

bo się wyżyna we mnie

zielone niemowlę,

kiełkuje nowa opowieść.

Mam już z dala od Ciebie

tysiące planów,

Zazdrosny?

Ktoś mi kiedyś powiedział,

że zdradziłam ideały.

Ty za to jesteś wierny swoim -

dekalog kłamcy opanowałeś,

ale nie do perfekcji

Moje kondolencje -

dałeś się złapać tak łatwo.

Nie martw się,

następnym razem pójdzie Ci lepiej!

Słyszałam od kogoś, że się zmieniłam.

Podobno lepiej cofać się,

niż ciągle stać w miejscu.

Podobno lepsza rewolucja

i w dzień biały rebelia,

niż ciągle te same gesty i słowa,

ta sama droga.

Nie wiedziałam, że masz brata.

Chwileczka, czy on przypadkiem

nie ma na imię Schemat?

Słyszałam, jak ktoś opowiadał,

że jest jaki jest i nie będzie inny.

Przykre, miałeś przy sobie wilka,

ale i brak pojęcia, jak się obchodzić

z dziką i wolną istotą.

Przyjmij do wiadomości

że wilki lubią biegać,

a ty nawet nie potrafiłeś

chodzić porządnie

Tak, tak,  pamiętam, masz drugie imię

Chyba na M, mmmm...

Mdły?

Ktoś kiedyś był przekonany,

że będzie mi źle

i była to chyba największa pomyłka

minionego roku.

Słuchaj,

czuję się świetnie!

Wiesz ile wierszy napisałam

odkąd Cię nie ma?

Nawet odkryłam,

że w środku, w mojej głowie

są jeszcze nieotwarte skrzynie

Jestem Ci wdzięczna, że zrobiłeś,

to co zrobiłeś. Ciiiii

Teraz mam cały świat pod stopami!

Ktoś kiedyś mi groził,

i trochę się bałam, że moje gwiazdy

obrócą się w szarość.

Na całe cudowne szczęście,

tylko w słowach jesteś mocny -

jeszcze nigdy przedtem

nie widziałam tylu kolorów.

I wiesz? pachną tak intensywnie,

jak kwiaty jabłoni, te na samej górze,

co prawie stykają się z niebem.

Ale.... no właśnie -

skąd ty to możesz wiedzieć?

Przecież nie umiesz wchodzić na drzewa.

Zostań sobie na dole,

rób co chcesz, idź prostą drogą, w dół

To ja będę czerwone jabłka zrywać!

  

5. Sabat buntowników

 Ma takie ręce złote,

co wciąż konkurują z piekłem

Gdziekolwiek dotknie

iskry mówią "tyś mistrzem"

Samym tylko wzrokiem

rozpaliłby mokre próchno

Ale serce  ma czyste,

jak perła z głębokiej toni nieba

Nie ujrzysz tam skazy

tylko skórę zdobią szramy

zaszyto tam kawałki wspomnień

czuje je pod opuszkami palców

Kiedyś na zmierzchu

weszliśmy w mrok naszych historii

Z plecaka wyjął listy,

Ja przy koszuli miałam swoje

trochę pomięte i ze dwa zdjęcia

Gdyby ktoś widział

zawyłyby syreny

Zamknęli by nas, daję słowo

rwaliśmy kartki papieru w szale

ognisko płonęło w koło

a my w środku

czytaliśmy te głupie listy

Parę kawałków papieru

wpadło mu w usta

moglibyśmy zjeść je wszystkie

jak głodne zwierzęta

Ta zieleń jego oczu

jest bardzo mokra i ciepła

Jakby w jego sercu ciągle padało

jakby w głowie szalały

tropikalne cyklony

Ale dłonie ma wręcz lodowate,

przed chwilą tak krzyczał

i tak się śmiał

ale to siła spokoju

"Dzieci, dlaczego tak rwiecie te listy?"

już nawiedzają nas głosy

to zaszło za daleko

jest ciemno, nikogo tu nie ma

ale robi się tłoczno w mojej głowie

gdy on oblizuje kartkę,

i wrzuca prosto w ogień

Syczy jasny płomień

jeszcze z listu nie wyparowały perfumy

a już znalazłam na świecie

cudniejsze wonie

Usta czerwone układają się w

"nie bój się" a potem w

"jest nas dwoje"

Dwoje ramion otacza

mnie

las na skraju miasta

łąkę za moim domem

i nawet gwiazdy na niebie

Pytam, bo nie wierzę

czy tylko mnie zabierzesz?

Czy pozwolisz mieć swoje

prywatne drogi?

Uniesiesz cały mój świat

i ten bałagan, który chowam

pod grobami?

Dogasa ogień

Jesteśmy wolni! Nie ma listów

Nie ma wspomnień

Koszula trzepoce na wietrze

rwie się szczęśliwa i niepodległa

Wiatr wyniesie popiół

jutro ludzie umyją okna

nie podniesie się feniks

złych czasów

Czas wracać do domu

Będą źli, że się tak włóczę po nocach.

6. Między wierszami

Nie ma na świecie miłości.

A ty siedź cicho i nie krzycz,

bo nie każdy musi znać prawdę,

a JA MOGĘ KŁAMAĆ

Nie unoś się tak, to nic złego,

to tylko słowa.

Wiem, wiem, stałam się oschła i dorosła.

ALE PRZECIEŻ TY ZNASZ MNIE, ZNASZ Z KAŻDEJ STRONY

Chyba żartujesz! Nie ma we mnie za grosz wiary

Nie, wcale taka nie jestem,

to raczej dla głupców i samobójców

Ja jestem mądra, zrównoważona... CHYBA

Nie, nie podchodź, nie jestem gotowa

Ściska mnie w środku, nie wiem co powiedzieć

Przestań, nie chcę tego słyszeć

NIE CHCĘ SIĘ ROZLECIEĆ

Nie jestem do tego stworzona, rozumiesz?

Nie możesz po prostu mi odpuścić?

Możemy tutaj stać, NIE MUSIMY SIĘ ROZCHODZIĆ

Jeszcze wystarczająco nie zmokłam na tym deszczu

To nie jest tak, że się boję

Nie wmawiaj mi, chyba wiem lepiej

Ale proszę, jeśli możesz, zostań

NIE CHCĘ BYĆ TU SAMA, ciemno już

Tak lubię zimne dłonie, lubię ostre powietrze

Skąd to wiesz? Nigdy nie mówiłam

Nie wymądrzaj się tak, to mnie złości

ale ROZMAWIAJ ZE MNĄ, skoro chcesz

Masz zbyt dużą pewność siebie

Skąd możesz wiedzieć? Wcale Cię nie lubię

Tylko Twoją koszulę w kartkę, jest taka miękka

NIE ODCHODŹ, nie chcę stracić tej koszuli

Kiedyś lubiłam bajki, ale wyrosłam z tego

Nie śmiej się, mam na to za dużo lat

Znasz na pamięć? To takie dziecinne

ale jeśli chcesz OPOWIEDZ MI TĘ BAŚŃ

Chodzenie po drzewach? jesteś wariatem

Do czego ty mnie namawiasz

Nie mam na to ochoty

ale MOGĘ ZROBIĆ WYJĄTEK, ten jeden raz

Wiesz, właściwie nie chcę schodzić

Nie mam na to siły, za dużo zachodu

Poczekajmy na gwiazdy, zaraz tu będą

A TY OPOWIEDZ MI TĄ głupią OPOWIEŚĆ

7. Modlitwa apatrydy

Piekło albo niebo

nie ma nic pomiędzy

więc chyba jestem bezpaństwowcem

bo przecież bez pieniędzy

nie ma w Twoim domu miejsca dla mnie

Boże, bo kto chciałby być taki jak oni?

Nie mogę tu być,

ale nie chcę uciekać

Nie mogę tu zostać,

ale chciałabym poczekać

Bo wiesz, ja widzę tę polanę

zieloną, pod lasem

i Ciebie widzę Boże,

jak siedzisz tam czasem

i próbuję zrozumieć Twe znaki,

co kreślisz w powietrzu,

ale wszystko czasem znika,

w tym okropnym deszczu,

rozmywa się fresk na barokowej ścianie

 Co się stanie z uchodźcą?

Czy paszport dostanie?

Czy jest miejsce pod lasem

dla buntownika i apatrydy?

Proszę powiedz mi,

ja nie chcę być nikim

dla Ciebie nie mogę być wszystkim,

ale co się stanie, gdy przyjdę,

usiądę na polanie

Będziesz tam czekał? powiedz

nie mogę żyć w niepewności

Nie czuję w sobie piekła,

nie czuję miłości

Jestem pomiędzy,

a przecież nie ma granicy

pomiędzy mną, a mną sprzed czasów

jestem taka sama

tylko trochę głupsza

i trochę bardziej mała

Wszystkiego dochowam,

niczego nie zgubię

chciałabym przysiąc, ale nie umiem

nie mogę Cię zawieść,

znasz mnie dobrze przecież

Dla Ciebie ochronię zieloną polanę

ogrodzę murem, nikt się nie dostanie

tylko ci bez uprzedzeń i ci bez oporu

co wojują czułością

A Ci bez honoru niech idą

jedno po drugim i niech w ich uszach brzęczą

monety złote, bezwiednie rzucane

w kosz Twoich zdrajców, Panie

niech się co chcesz stanie

i wybacz mój lęk,

co się w tych słowach schował

jestem jeszcze za słaba

chroń mnie jeśli zdołasz,

zbaw ode złego,

albo lepiej nie pozwól

zniszczyć we mnie dobrego

Bo co się wtedy stanie,

Co się wydarzy na zielonej polanie?

8. Pocałunek

Z takiego pocałunku Klimt by się uśmiał

albo by płakał żałośnie

jak szaleniec rozbawiony czyjąś krzywdą

i mokry nos w rękaw wycierał

i plułby i bluźnił i sponiewierał

tych głupców co na ławce

malowali swój własny

pożal się Boże, pocałunek

Wyprowadź mnie z Kościoła,

a przyrzekam, Boże, powiem Ci moje grzechy

bo wżerają się we mnie myśli

i palą miejsca, gdzie kiedyś była radość

Gdzieś Ty był i komuś mnie wydał

Cholera! A miało być tak dobrze przez te

pożal się Boże, usta

Wiesz o czym ja myślę?

Wiesz jak mi źle? Jak sarnie płochej,

co w ostrogi sama wchodzi,

gnając przez las, przez ciernie i kamienie ostre

Tej, co boso lezie w niemej ekscytacji do tego,

pożal się Boże, głupca

Przepraszam Was gwiazdy, żeście patrzyły

jak sama się daje zwieść

tej kłamliwej besti, co łzy roniła

kwaśne i brudne i drwiące

Gdziem oczy miała,

gdy pod stopy jego uciekał wąż?

Tylko Hayez się ostał przy mnie

i chyba płacze, że niszczę to moje,

pożal się Boże, dzieło

Do diabła z pocałunkiem Muncha!

Czy oni się na mnie uwzięli, Boże?

Miałam złe plany, paliły mnie ręce czerwone

chciałam spalić tę sierpniową ławkę, spopielić

krzyczała, płakała, wyła z boleści

Anioły dziękuję, żeście ją nieśli na skrzydłach

Nikt, i ona też, nie zginie przez ten,

pożal się Boże, pocałunek 

WIERSZE Z 2013 ROKU :

 

9. Rycerz

Nie uwierzysz mi Boże,

Byłam wczoraj świadkiem wielkiej bitwy!

Walczyło współczucie z obojętnością

Zło grało wstydem

I już widziałam jak się dobro uchyla przed

Ciosem lodowatej siły

I głowę odwraca

Udając że nie widzi

Widziałam wahanie wojownika

Którego serce nagle drgnęło

Przeszyte kulą dobrej energii

Uczyniło krok najważniejszy

Obojętność powalona jednym gestem

Upadła na betonowy chodnik

Roztrzaskując głowę na setki kawałków

Jej lód wyparował w mgnieniu oka

Oddając cześć współczuciu

Które wzięło pod rękę staruszkę

I mimo młodości znającej pojęcie obciachu

Wskazało drogę

Dodając pewności w pokonywaniu

Czarno-białej otchłani

W centrum ruchliwego miasta

10. Malarz

Od wczoraj nikt nie docenia pracy malarzy

Którzy niczym są wobec fotografii

Łamią pędzle w agonii

Plączą w deszczu

I tęsknią za krajobrazem marzeń

Malując wciąż to samo życie

Nikt dziś już nie docenia pracy poety

Trudno zarobić na czynsz goniąc za słowem

Nigdy nie można być pewnym, że złapie się je

W swoje dłonie

Nikt jutro nie będzie doceniał pracy serca

Pompuje do krwi miłość i współczucie

Od dawna nikomu nie potrzebne

Bezużyteczne

Jest tylko przeszkodą w zabijaniu

 

11. Utopia

Był razu pewnego żeglarz,

Który odnaleźć chciał koniec świata

„Będziesz bogaty i sławny

Na krańcu ziemi wszystko jest bowiem możliwe” -

Śmiała się do rozpuku mewa.

„Puść stery drogi żeglarzu,

Oddaj się naszym czarom” -

Szeptały błękitne fale.

„Rozwiń żagle

powierz się mej opiece” -

zaświszczał wiatr -złudna nadzieja.

Ukołysany dobrymi jak świat radami

Żeglarz utonął w wodzie marzeń

A zasypiając oddał swą duszę

Mętnej otchłani morza

 

WIERSZE Z 2012 ROKU:


11. Idiotka!

Nie potrafi pisać

błądzi długopis w agonii po kartce

i wielką sztukę jeszcze z tego uczyni,

że nie potrafi pisać

Idiotka!

12. Krytyka realistów

Realne osobistości z krwi i kości

Nad wami chmury, puchowe istoty

Lekkie metro do marzeń,

tu zaczynało wielu

A kończyło tam gdzie jedną wielką niewiadomą

Na sposób rachunkowy nie prosta rzecz odnaleźć

Sercem trzeba tu patrzeć

Bagaż nieścisłości wielki

Bilet podarty na cztery strony świata

Ubrana w sukienkę od wiatru

Pociąg dokąd chcę podstawia się na tor niewidzialny

Przy peronie wyobraźni

Wsiadasz też?

Realne osobistości z krwi i kości

Istoty z was pochmurne

Zamykacie oczy by marzyć i myśleć

Zamiast kłębek wyobrażeń złapać w dłonie

Zamknąć w sercu cząstkę nieba

I na pstryknięcie palcem

Przywołać taksi do obrzeży fantazji

Na których skraju można się osiedlić

I cywilizację dobroci z łodygi kwiatu, który ma

więcej nadziei niż Wy, w cieniu skrzydeł

wiecznego anioła zbudować.

13. Szukam

Jestem ułamkiem sekundy

zrodzonym z miłości - duszy Wszechświata

Jestem niezauważalnym tchnieniem wiatru,

poruszonym po śmierci gwiazdy gwiezdnym pyłem,

Jestem nic nie znaczącym milimetrem

bezkresnej działki

Rozpędzam huśtawkę

czuję jak zderzam się z powietrzem - rzeczywistością

wiem, że wszystko skończy się szybciej niż zaczęło

Zamykam oczy i marzę

ze świadomością, że moja wyobraźnia przeminie

szybciej niż mgnienie oka

Otwieram okno i czuję, że to co widzę

zwyczajnie nie istnieje

Szukam w tumanach kurzu jednego pyłku

zgubionej miłości

Szukam w jeziorze kropli nadziei,

która do niego wpadła razem z deszczem

Szukam w zaspie

jednego płatku śniegu - zaginionej cząstki maszyny

do spełniania marzeń

14. Rozmowa z kamieniem

Bardzo Ci dziękuję mój towarzyszu

Drogi kamieniu

Twardy przyjacielu

Co na moje łzy odpowiadasz

Zupełnie chyba tym samym

Co mi wczoraj mówiłeś

Jak się śmiałam

Nie jesteś mi choć trochę wdzięczny

Że zrobiłam Cię jedynym na świecie

Dla mnie z pośród licznych innych?

Natura to Twoja sprawia,

Że żadnego słowa nie chcesz mi zabrać?

Nie chcesz utulić go ukołysać?

Jak pusto myślę

Drogi kamieniu

Ileż to słowa mają dla mnie wartości

Gdy obecność się liczy

Twoja niewzruszona

Kruchości słów mnie zraniła

I ranę słowami chcę leczyć

Milczeniem mnie gładzisz

Powściągliwy kamieniu

Tak pięknie mnie uczysz

Niemego języka świata

Który krzyczy wprost

Bo ludzie chcą go ubrać

W bezlitosny płaszcz

Krwawego słowa

15. Ogłoszenie

Zaginął mały cud codzienności

W pastelowym odcieniu

nie większy niż opuszek palca

Znaki szczególne dla każdego inne

Ostatnio widziano go na dworu głównym

wypadł chłopcu pochylającemu się nad starszą panią,

która zapomniała drogi do domu

Potoczył się nikomu nie znanym torem

i więcej go nie widziano

Proszę o kontakt

Nadzieja

16. Jedyna na świecie

Chodziłam

i byłam taka jak wszyscy

Zaczęłam udawać, że mnie ktoś goni

Biegłam i wszyscy biegli

i byłam taka jak każdy

Zwolniłam, bo się zmęczyłam

usiadłam w parku na brzegu ławki

by chwile ochłonąć

pomyśleć co dalej

Wpadłam na pomysł, by wejść pod ławkę

Poczekać tam cicho aż wszyscy przebiegną

i odejść w zupełnie inną stronę

usnęłam

Obudził mnie promień wschodzącego Słońca

zdziwiłam się kiedy

pod każdą ławką ktoś nieznajomy zajmował miejsce

Wstałam ostrożnie by nikogo nie zbudzić

Odeszłam… i nikt tego nie zauważył

Droga była kręta i pod górkę

Odwracałam wzrok czy ktoś za mną nie idzie

Zgubiłam się …

Jedyne co o sobie wiedziałam

To, to że jestem jak nikt inny w świecie

17. Ciekawość

Jest taka ciekawość,

która nie prosi się o zaspokojenie

Pyta, lecz od razu wystraszona

chowa się w ciemnym kącie

i krzyczy:

"Umarłam!"

18. Serce

 W dużo wierzę

za to nie wiele wiem

Czasem gubię Jego dłoń

gdy w tłumie innych nie potrafię odnaleźć dobra

Czasem o Nim zapominam

jak o karteczce z najpiękniejszym słowem świata,

którą sam mi zresztą wetknął w kieszeń

kiedy zadałam Mu pytanie

czym mam patrzeć, żeby zobaczyć.

Serce.

Dominika Jasińska 

 
Slideshow by phatfusion
Design by Next Level Design Lizenztyp CC

-:)Yeti-Kolos(:-