I Liceum Ogólnokształcące im. Juliusza Słowackiego w Skarżysku-Kamiennej
Magdalena Żołądek PDF Drukuj Email

Pamiętnik Jonathana.

Rok 2024.                                                          

    Nazywam się Eliza Jane, a to były najdziwniejsze wakacje w moim życiu. Nigdy nie wiodłam zbyt bogatego życia. Mój ojciec był księgowym, a matka odeszła zanim zostawiła po sobie jakiekolwiek wspomnienie. Jednak ta historia nie jest o mnie, ale na pewno jest warta opowiedzenia. Po ogromnych staraniach w końcu udało mi się uzbierać pieniądze na samotny rejs oceanem. Nie liczyłam na żadne atrakcje, a jedyne czego chciałam to chwila spokoju. Wyobrażałam sobie te wakacje wiele razy, mimo to nigdy nie podejrzewałam, że ubarwi mi je człowiek studiujący fizykę jądrową.

  Dryfowałam po morzu, wpatrywałam się w błękit nieba i rozmyślałam. Sama do końca nie wiem o czym, gdy naglę ogromny cień pokrył moją łódkę. Powoli rozchyliłam powieki, a moim oczom ukazał się ogromny, luksusowy jacht. Nie wiem co podkusiło mnie do zwiedzenia go, ale na pokładzie nie było żywej duszy.

  Może właścicielowi coś się stało? – pomyślałam, przechodząc z jednego pokoju do drugiego. Jednak tak jak wspomniałam, pokład wydawał się pusty. Nie miałam pojęcia co myśleć, bo skąd na środku oceanu wziął się jacht? Moje rozmyślania przerwał ciszy dźwięk kartek przerzucanych przez wiatr. Źródło dźwięku z daleka wyglądało jak książka, gdy jednak podeszłam bliżej okazało się, że to zeszyt i co więcej pamiętnik. Nie myśląc za wiele wzięłam go do ręki i zaczęłam czytać.

 ***

    Nazywam się Jonathan Ali Maluf i od wielu lat samotnie dryfuję po tych wodach, szukając czegoś co wielki temu straciłem. Zawsze twierdziłem, że ta niewiarygodna historia zasługuję na wielki rozgłos, nigdy jednak nie miałem okazji się nią z nikim podzielić. Zostałem pochłonięty licznymi badaniami na ten temat, napisałem pracę, ale dzięki tym czynom wylądowałem tutaj, szukając czegoś co na dobrą sprawę zdaje się nie istnieć.

  Wszystko zaczęło się lata temu w roku 2014. Byłem Wedy studentem fizyki jądrowej, nie powiem, ale było to moim życiem i moją pasją. Dawałem się ludziom we znaki, a mój współlokator mnie nienawidził. Konstruowałem różne mini bomby, często dla frajdy, czasem by komuś dopiec. Ludzie wiedzieli z czego słynę, wiedziałem, że mają mnie dość, ale nigdy nie podejrzewałem, że posuną się do czegoś większego. Był to dla mnie zwykły dzień, rysowałem plany i schematy nowej bomby, która miała wywołać niezły atak paniki na uczelni. Prace były warte swojego czasu, wierzcie mi oczami wyobraźni widziałem jak ten głośny huk powala na kolana niejedną panią profesor. Przynajmniej za kilka lat kończył bym tą szkołę z rozmachem, zapamiętany. Wracając do rzeczy, podczas gdy ja kończyłem mój rysunek do mojego pokoju nagle wpadło kilku ubranych w maski mężczyzn. Ubrani byli na czarno, a przy ich paskach widniały małe paralizatory. Doskoczyli do mnie i dosłownie wyciągnęli mnie z pokoju. Mój współlokator Jeff stał za drzwiami i przypatrywał się zdarzeniu z szeroko otwartymi oczami.
 - Co zrobiłeś?! – krzyknąłem próbując wyrwać się z mocnego uścisku. Momentalnie wszystko się we mnie zagotowało. Miałem ochotę kopać i gryźć, kto wie czego ten chłopak im nagadał.
Jeff powoli kiwnął głową w kierunku opancerzonych mężczyzn.
- To on. Cały czas konstruuje różne bomby i broń. Dodatkowo utrzymuje liczne kontaktu z muzułmanami na facebooku. Zabierając tego młodego terrorystę robicie przysługę ludzkości – powiedział patrząc mi prosto w oczy z pogardą, wręcz zwycięsko. Zaczęli mnie prowadzić do wyjścia, stawiałem się, krzyczałem i rzucałem różnymi wyzwiskami. – Kto wie ile czasu zajęło by mu zbudowanie bomby atomowej – krzyknął mi na pożegnanie Jeff.
Byłem w sporym szoku, spodziewałem się, że w najgorszym wypadku usuną mnie ze szkoły. Nabierałem jednak coraz to gorszych podejrzeń, zwłaszcza gdy zakuty w kajdanki zostałem wprowadzony na pokład ogromnego samolotu.

 - Gdzie mnie zabieracie?! –podenerwowany zapytałem mężczyznę obok mnie. Starał się być poważny i udawał, że ciągle wpatruje się w okno. Jednak co jakiś czas spoglądał na mnie kątem oka, zaciskając palce na pistolecie.

 - Do więzienia w Guantanamo – powiedział spokojnie.

 - Żartujesz sobie czy jak?! – wykrzyknąłem zrywając się z fotela. – Nie jestem żadnym terrorystą! Wierzycie jakiemuś popapranemu idiocie, który nigdy nie mógł mi dorównać! Jakiś zazdrosny szczeniak wmawia wam, że jestem niebezpieczny, a taka elitarna jednostka jak wy mu wierzycie?! Gdzie oni was szkolili, że jesteście tacy naiwni? – dodałem wpatrując się groźnym wzrokiem w faceta, który ciągle wytrwale patrzył w przestrzeń.

 - Obserwowaliśmy Cię Jonat…

 - Jak do mnie mówisz to przynajmniej patrz mi w oczy – powiedziałem przez zęby. Mężczyzna wolno przeniósł swój wzrok na mnie. Jego pozbawiona emocji twarz niejednego przyprawiła by o dreszcze.

 - A więc, obserwowaliśmy Cię Jonathanie. Twoje muzułmańskie kontakty nie wywodzą się tylko ze znajomości zawiązanych na portalu społecznościowym, czyż nie? – zapytał wiercąc mi wzrokiem dziurę w brzuchu. Wstał powoli i podszedł do mnie patrząc mi w oczy. – Twój tatuś jest dość wpływowym szejkiem w waszych rodzinny stronach. Ludzie tacy jak ty w krajach cywilizowanych zajmują się tylko terroryzmem.

 - Rozumiem, że w waszym pojęciu nie występują takie wyrażenia jak ‘inteligentny chłopak z pasjami’. Dla waszej wiadomości z ojcem nic mnie nie łączy. Zarozumiały łajdak porwał mnie z Anglii, gdzie od dziecka mieszkałem z matką. Nic mnie z nim nie łączy i jak długo żyć będę do końca będę się go wyrzekał. Matki nigdy więcej nie widziałem, więc stwierdzenie ‘twój tatuś’ jest dla mnie co najmniej obraźliwe – centymetry oddzielające nasze twarze były niewielkie. Gdybym postawił pół koku naprzód stykali byśmy się nosami. Atmosfera podczas startu była zdecydowanie napięta, przesiąknięta zdesperowaną chęcią udowodnienia racji.

 - Lepiej zapnij pasy. Przed nami kawał drogi.

  Całą drogie zastanawiałem się co ze sobą zrobić. Nie jestem snobistycznym, zapatrzonym w siebie facetem, ale za głupiego się nie uważam. Kajdanki na rękach jaki i nogach miały całkiem prosty mechanizm, przy chwili czasu zapewne udało by mi się je zdjąć, jednak co dalej? W takich samolotach raczej nie występują spadochrony, a już na pewno nie są wystawione na widok potencjalnego terrorysty.
 Nagle samolotem zatrzęsło. Mój osobisty strażnik poderwał się i złapał mnie za ramię. Maszyną rzucało na wszystkie strony, więc zakładam, że facet nie poczuł gdy wyjąłem mu pistolet zza paska. Z kabiny pilota dało się słyszeć tylko „mejdej, mejdej!”

  Samolot runął w dół.

  Spadałem.
 Nagle zapanowała ciemność.

 Nie wiem ile minęło czasu. Obudziłem się sam. Leżałem na brzegu jakiejś wyspy, a przede mną rozciągał się ocean na którym nie było widać nic i nikogo. Ani śladu samolotu, ani śladu innych ocalałych. Rzecz jasne byłem w ogromnym szoku. Właśnie przeżyłem katastrofę lotniczą, ale przeżyłem, nie grozi mi więzienie – jestem wolny!

  Zero wścibskich profesorów, zazdrosnych kolegów czy uzbrojonych w paralizatory goryli. Byłem tu sam dla siebie. Byłem na wyspie, która była dla mnie czymś zdecydowanie nowym, czymś przygotowanym na wybuchy, czymś gotowym by ją odkryć, zbadać. Wziąłem w rękę pistolet, który leżał obok, otrząsnąłem go z piasku i ruszyłem w głąb puszczy. Posuwałem się bardzo mozolnie co wcale nie było dziwne. Ręce i nogi ciągle miałem skrępowane  przez kajdankami. Nad koronami drzew unosił się dym, wydostający się wulkanu. Ten piękny widok zarazem mnie onieśmielał, ale i niepokoił. Na licznych drzewach rosły owoce, różnego rodzaju, nawet takie o których nie miałem pojęcia. Trawa była intensywnie zazieleniona. Przemierzałem ścieżki ubite przez kopyta zwierząt i posuwałem się w głąb nieznanego mi otoczenia. Po jakiś czasie miałem dość, małe kroczki spowodowały ból kończyn. Przysiadłem na ziemi opierając plecy na kamieniu, głęboko odetchnąłem i przyjrzałem się metalowemu ustrojstwu. Oczywiście w pierwszej chwili nie spieszyłem się, nikt mnie nie poganiał, nikt mnie nigdzie nie oczekiwał. Bynajmniej potężny ryk zwierzęcia nieopodal - wyrwał mnie z rozmyślań. Najszybszym sposobem na uwolnienie się z kajdanek – jaki przychodził mi wtedy do głowy, to wyślizgnięcie ręki. Najszybciej jak mogłem dotarłem do źródła i wsadzając dłonie pod wodę z całej siły, próbowałem wyswobodzić jedną rękę. Bolało strasznie, woda zabarwiła się na czerwono, dłoń wykrzywiła mi się pod dziwnym kątem, ale najważniejsze było to, że była wolna. Próba zakończyła się pozytywnie, mimo, że czułem kilka złamanych kości w prawym nadgarstku. Najszybciej jak mogłem przeszukałem kieszenie i znalazłem mały spinacz do papieru.

 - Gdzie oni szkolili tych komandosów – prychnąłem i operując lewą ręką uwolniłem nogi spod blokady.

  Zacząłem uciekać mimo, że od tamtej pory nie usłyszałem owego ryku. Instynkt jednak podpowiadał mi, że nie chciał bym wejść w czołowe spotkanie z tamtym stworzeniem.

  Lasy przemierzałem przez następnych kilka dni. Jadłem, spałem w jaskiniach, kąpałem się rzekach. Czy tęskniłem za cywilizacją? Może troszkę, ale tu byłem nieograniczony. Kolejny dzień dobiegł końca. Uśmiechnięty wszedłem do jaskini i siadając przy ognisku zacząłem rozmyślać nad dalszym życiem tutaj. Zastanawiałem się co to za miejsce, na jakiej wyspie się znalazłem i co stało się z samolotem? Może zatonął, a wraz z nim cała załoga. Gdyby również wylądowali na wyspie - możliwe, że już byśmy się spotkali, prawda? Jedno wiedziałem na pewno, dam sobie radę, dobrze mi było tak jak było.

  W nocy było mi strasznie nie wygodnie. Czułem się jakby ktoś wsadził mi gruby kij pod koszulkę, ale zapewne to ta twarda ziemia wewnątrz jaskini. Chciałem zmienić pozycję, ale nie mogłem. Coś hamowało moje ręce. Energicznie otworzyłem oczy  i dopiero wtedy zaczęły do mnie docierać odgłosy. Liczne rozmowy, słowa, które rozumiałem. Rozglądałem się na boki i niedowierzałem własnym oczom. Wyglądało to jak wioska. Domy z desek, ze słomianymi dachami, ogniska, młode kobiety obdzierające dziczyznę ze skóry. Ludzie. Potężni mężczyźni ubrani w skóry i futra z włóczniami w ręku chodzili od domku do domku,  inni wybiegali przez bramy lub wbiegali z jeleniem na ramieniu. Wszyscy mieli wymalowane dziwne wzorki na twarzach, skórę mieli ciemną, jednak trudno było stwierdzić czy to przez pochodzenie czy opaleniznę. Naglę podszedł do mnie jakiś mężczyzna.

 - Coś ty za jeden? Dymiarze Cię przysłali? – zapytał przyglądając mi się uważnie.

  Przywiązany byłem do gigantycznego pala. Nie mogłem się ruszyć, ale i tak nie wiedziałem czy w innych okolicznościach był bym w stanie cokolwiek zrobić. Nie wiedziałem jak daleko znajdowałem się od mojej jaskini. Codziennie starałem się wychodzić na zwiady. Mimo wszystko w ciągu kilku dniowego pobytu na wyspie nie trafiłem na żadnego człowieka, ani na jego ślady..

 - Dymierze? – wydukałem tylko. Kim do cholery byli jacyś Dymiarze? Gdzie ja do cholery jestem. – Kim jesteście i gdzie ja jestem? – w tej chwili nawet nie byłem pewny czy zasłużenie się cieszyłem. Może informacje jakie rozsiewała telewizja i Internet w sprawie Guantanamo nie były prawdziwe. Może cała kara polegała na wyrzuceniu zbrodniarza na wyspie i oddaniu go tubylcom?

  Facet w dalszym ciągu patrzył na mnie oczekując odpowiedzi. Zmarszczone brwi sprawiały, że jego wzrok był surowy. Dłonie miał zaciśnięte w pięści, a w jednej z nich trzymał mały sztylet. Przełknąłem ślinę i odetchnąłem głęboko.

 - Na imię mam Jonathan i nie mam zielonego pojęcia kim się Dymiarze – powiedziałem. Mężczyzna na chwilę zmrużył oczy po czym odwrócił się do mnie plecami i ruszył na przód. – Hej! – krzyknąłem za nim. Przystanął. – Gdzie ja jestem? – zapytałem ponownie.

- W obozie Central Fugitives[i] – odpowiedział niskim, głębokim głosem. Mężczyzna miał w sobie coś przerażającego, ale i dominującego. Fakt, że to on podszedł do mnie z zamiarem przepytania skłania mnie do założenia, że to on tu rządzi. Być może nie był najpotężniejszy z nich, ale zadawał szczegółowe pytania, a sam odpowiadał wymijająco. Był inteligentny i nie zdradzał zbyt wiele. Zdawał się mieć ponad pięćdziesiąt lat, jego wzrok zdradzał, że nie jest słaby, przekupny, ckliwy ani łatwowierny. Po raz kolejny będąc na wyspie zacząłem bać się o swoje życie, tylko tym razem nie mogę zabrać nóg za pas. Tubylcy wydają się być mądrzejsi od zwierząt czyhających na mnie w lesie.

  Za każdym razem gdy ktoś mnie mijał starałem się zwrócić na siebie uwagę. Powtarzałem w kółko, że znam się na fizyce jądrowej, ale chyba nie do końca wiedzieli co to dokładnie jest. Jednak w końcu udało mi się ich zainteresować. Zmęczony ciągłymi próbami, spuściłem bezsilnie głowę i słabym głosem powiedziałem:

 - Potrafię leczyć ludzi.

  W jednej chwili oczy wszystkich spoczęły na mnie. Tłum się rozstąpił i podszedł do mnie wódz, ten sam, który wcześniej poinformował mnie gdzie się znalazłem.

 - Jesteś szamanem? Czy okłamałeś mnie w sprawie Dymiarzy? – zapytał surowo.

 - Nie kłamałem, o żadnych Ludziach Dymu nic nie wiem! Nie jestem również żadnych szamanem, magikiem czy uzdrowicielem. Na studiach czytałem wiele z medycyny i nie chwaląc się jestem dość inteligentny.

  Mężczyzna szybko chwycił mnie za nadgarstek. Zasyczałem z bólu i surowo spojrzałem na osobnika przede mną.

 - Co to jest? – zapytał i puścił moją dłoń.

 - Niefortunnie złamałem sobie dłoń podczas ściągania kajdanek – na słowo ‘kajdanki’ wszyscy zareagowali podobnie jak na fizykę jądrową. Przewróciłem oczami – Zresztą to nie ważne – dodałem. – Musiałem czymś usztywnić rękę, by kości się poprawnie zrosły – tłumaczyłem obracając na wszystkie strony rękę ukazując stabilną konstrukcję z patyków i kamieni. Byli zdumieni jakby nigdy czegoś takiego nie widzieli.

  Mężczyzna tylko prychnął i odszedł.

 - Daj spokój Williamie, on może uratować Minę, a to co zrobisz z nim potem nie musi mieć na to wpływu – powiedział inny, wyższy od niego facet.

***

  Nie mogłam uwierzyć w to co czytam. Brzmiało jak całkiem dobra książka i aż ciężko było myśleć o tym jak o czyichś wspomnieniach. Przepełniona emocjami musiałam wejść do jednego z pokładowych pokoi. Po drodze zobaczyłam coś jakby talizman. Wydawał mi się nieco śmieszny, gdyż wykonany był ze zwykłego sznurka na, który nawleczone były bezużyteczne łuski po nabojach. Zabrałam znalezisko ze sobą i siadając wygodnie na krześle powróciłam do lektury.

***

  William, gdyż tak miał na imię wódz postanowił posłuchać jednego ze swoich ludzi i w krótkim czasie odwiązał mnie od pala. Zaprowadził mnie do jednego z domków, ale przed przekroczeniem progu spojrzał na mnie w swój specyficzny sposób i uprzedził bym nie próbował żadnych sztuczek. Zręcznie odsunął skórzaną płachtę sprzed drzwi i wchodząc pierwszy nakazał  bym szedł za nim. Na posłaniu wykonanym z licznych futer leżała dziewczyna. Cała była zlana potem, miała zamknięte oczy i majaczyła. Jedno wtedy musiałem przyznać nawet dotknięta chorobą wyglądała pięknie.

- Wiesz co dolega mojej córce? – zapytał.

  Spojrzałem na niego i ostrożnie podszedłem do dziewczyny. Na pierwszy rzut oka nie wiedziałem co to jest. Jednak zaburzone rytmy serca skierowały mnie ku odpowiedzi, która mogła nie być pocieszająca.

 - Czy od czasu pierwszych objawów pańska córka przemęczała się fizycznie?

 - Mina jest osobą, która nigdy nie chce siedzieć bezczynnie, a gdy już ustali sobie jakiś cel to nigdy nie odpuści.

  W odpowiedzi pokiwałem tylko głową i wyszedłem z domku. Jak można być tak głupim, by młodej, chorej i do tego córce nie zabronić czegoś robić. Czy on w ogólne ma nad nią jakąś kontrolę?

Za chwilę i William wyszedł z pomieszczenia.

 - Co jej jest? – zapytał ponownie.

 - Ma zapalenie mięśnia sercowego. Infekcja najczęściej obejmuje całe serce wraz z osierdziem. Rozprzestrzeniający się stan zapalny uszkadza komórki, zmniejszając kurczliwość mięśnia. Serce z coraz większym wysiłkiem wypompowuje do naczyń coraz mniejszą ilość krwi.

 - Czy wiesz jak to wyleczyć? – nie wiem czemu, ale strasznie denerwowało mnie to, że mężczyzna ani raz nie użył mojego imienia.

 - Miejmy nadzieję, że nie potrzebny będzie przeszczep serca – stwierdziłem. Następnie podałem kilku osobą dokładną instrukcję czego mają szukać w lesie bym mógł przygotować odpowiednie leki.

  Na całe szczęście zapalenie nie było groźne i Mina szybko wyszła cało z choroby. Faktycznie była osobą strasznie żywiołową i wszędzie chciała być pierwsza. Często rozmawialiśmy, ale ciągle nie wiedziałem co chcą ze mną zrobić. Raz po raz jakaś kobieta lub dziewczyna mierzyła się z jakimś stanem zapalnym, więc może tylko dlatego mnie tu trzymali. Któregoś dnia Mina wraz z jakimś rudym chłopakiem podeszli do mnie i wyciągnęli mnie na zwiady.

Chłopak miał na imię Klaus i wbrew pozorom wydawał się odrobinę przygłupi.

 - To ile masz lat? – zapytałem mając nadzieję, że w tych stronach nie trzymają się zasady, że kobiet się o wiek nie pyta.

 - Dziewiętnaście razy przeżywałam już tę porę roku, jeśli o to pytasz – odpowiedziała.

 - Cóż, to ja mam ją już za sobą po raz dwudziesty-drugi.

  Nagle kilka kroków przed nami wypalił pistolet. Mój pistolet o którym kompletnie zapomniałem.

 - Zwariowałeś?! Skąd to wziąłeś? – krzyknąłem w stronę Klausa, którym w chwilę po wystrzale cieszył się jak głupi. Zaraz jednak przygaszony, przepraszająco spojrzał na mnie i wyciągnął broń w moją stronę. Szybko zabrałem pistolet i schowałem za paskiem.

- Znalazłem w domku wodza. Tylko proszę nie mówcie mu – cały czas podenerwowany patrzyłem na chłopaka. – Jak mu powiesz to oddadzą mnie Dymiarzą.

 - Kim do cholery są Ci Dymiarze?! – zapytał pragnąc w końcu poznać odpowiedź. Nie było mu jednak dane w tej chwili. Z każdej strony zaczęły do nich odchodzić szaleńcze śmiechy i szepty.

 - Ludzie Bagna! – wybuchła przerażona Mina i wyciągnęła zza pasu mały sztylet. Nie wiedziałem o co chodzi do czasu aż zza drzewa wyleciał człowiek, chyba człowiek. Twarz miał zdeformowaną, brakowało mu jednej dłoni, a głowę miał porośniętą włosami tylko z jednej strony. Od razu rzucił się na Minę, która w akcie paniki wymachiwała sztyletem na wszystkie strony. Zdziwiło mnie, że w chwili takiej jak ta byłem spokojny. Precyzyjnym ruchem wyjąłem pistolet i wystrzeliłem w stronę napastnika. Kula trafiła w potylicę i nie przebiła czaszki na wylot. Facet padł martwy pod stopy dziewczyny, która chwilę później patrzyła na mnie wielkimi oczami.

 - Ale sup…- zaczął Klaus, ale nie dokończył. Nie zdążyłem się odwrócić na czas, ale świst powietrza i reakcja Miny podpowiadał mi najgorsze. Świat na chwilę zwolnił, spojrzałem na tego durnego chłopaka, który osuwał się na ziemię z toporem wbitym w pierś. Rozglądałem się za sprawcą, ale wszędzie były drzewa. Złapałem dziewczynę za rękę i pobiegłem w stronę obozu.

  Mina była przerażona. Przed chwilą była świadkiem dwóch śmierci. Gdy dotarliśmy do celu potrzebowała chwili dla siebie. Ja siedziałem przy ognisku i szukałem w sobie poczucia winy, może gdybym odwrócił się wcześniej Klaus by żył. Następnie poczułem na ramieniu czyjąś zgrabną dłoń.

Razem z Miną poszliśmy do miejsca, które bardzo lubiła. Było ono częścią obozu więc musiało być bezpieczne. Pełnia księżyca z tego miejsca wyglądała niesamowicie. Ogromna biała kula otoczona była mniejszymi gwiazdkami. Czegoś takiego nigdy jeszcze nie widziałem.

 

 - Pewnie oczekujesz wielu odpowiedzi. Jesteś tu już jakiś czas, ale tak naprawdę nic o tobie nie wiemy. Jednak ufam Ci, uratowałeś mi życie – powiedziała dotykając mojej dłoni. Szybko jednak cofnęła rękę i zaczęła mówić. – Dymiarze są ludem, którego wszyscy się obawiają. Mieszkają w największej górze z której raz na jakiś czas wydostaje się dym. Nie wiem kim są, ani czego od nas chcą. Czasem porywają jednego z naszych, a on potem wraca albo nie. Jak już powrócą to nic nie pamiętają i mają dziury w ciele. Staramy się przed nimi bronić, ale rzadko mamy szanse. Nie wiem jak oni wyglądają, więc na dobrą sprawę nie wiem z czym mamy do czynienia, tata boi się mi powiedzieć – powiedziała spoglądając w niebo.

  Nie wiedziałem co robić. Nagle zrobiło mi się ciepło, to była taka romantyczna chwila. Sięgnąłem do kieszeni i wyciągnąłem z niej naszyjnik, albo coś co miało go przypominać. Był to zwykły sznurek na którym nawleczone były zużyte naboje.

 - Zrobiłem to dla Ciebie. Jestem tu już jakiś czas i chciał bym, żebyś mnie zapamiętała. Czuję się tak jakbyśmy się znali dużo wcześniej, jednak wciąż mi mało – powiedziałem i sięgając po jej dłoń, wsadziłem do niej pamiątkę. Na jej twarzy pojawił się rumieniec, a wraz z nim delikatny uśmiech. Stwierdziłem, że to idealny moment. Nasze twarze powoli zbliżały się do siebie, jednak nie pamiętam co było dalej. Następnie po mojej potylicy rozlał się gorący ból i straciłem przytomność.

  Obudził mnie William. Patrzył na mnie groźnie i szarpał bym wreszcie się obudził.

- Gdzie ona jest?! Gdzie jest moja córka?! – wrzeszczał. Jednak ja wciąż byłem zbyt odurzony, a moje myśli były za bardzo przymglone.

 - Williamie spójrz! – powiedział ktoś za mną wskazując na wulkan. Czarny, kłębiasty dym leciał ku niebu. Mężczyzna puścił mnie i obnażając zęby ruszył do obozu.

  Gdy już doszedłem do siebie dołączyłem do innych. Szykowali coś jakby odwet, chcieli odegrać się na Dymiarzach za porwanie Mili.

 - Co się zmieniło? – pytał zdenerwowany William. – Nie byliśmy dla nich zagrożeniem. Dlaczego porwali akurat Minę?

  Zacząłem sobie wszystkie zdarzenie układać w głowie. Wszystko zaczynało do siebie pasować i współgrać z pytaniami zadanymi przez wodza. Póki obóz Central Fugitives nie był zagrożeniem nie porywali ludzi, ale usłyszeli wystrzał z broni. Coś czego nigdy nie widzieli, poczuli zagrożenie i zabrali kogoś kto znaczy najwięcej dla plemienia.

 - Sprowadzę ją – powiedziałem głośno. – Oni chcą mnie nie ją – dodałem i podszedłem do Williama. – Sprowadzę ją z powrotem. Obiecuję.

 - Jonathanie ...ufam Ci – usłyszałem od Williama.

  I odszedłem.

  Szedłem przed siebie. Pistolet, który czułem przy nodze dodawał mi odwagi. Musiałem odbić Minę to było moje życiowe zadanie.

  Nie pamiętam jak znalazłem się wewnątrz wulkanu. Dochodząc do jego ścian straciłem przytomność i obudziłem się już w jego wnętrzu. Mimo, że na wnętrze góry to nie wyglądało. Byłem w białym pomieszczeniu, przypięty do kroplówki, rozłożony na szpitalnym łóżku. Wyrwałem wenflon z nadgarstka i podszedłem do drzwi. Przez małe okienko nie było nic widać, a i szarpanie za klamkę nic nie dało. Usiadłem z powrotem na łóżku, czekając na jakiś odzew. Nie wiem czy minęła choćby minuta, a do pokoju wszedł facet ubrany w biały kombinezon, w lateksowych rękawiczkach i z maską na ustach.

 - Gdzie jestem? – zapytałem.

 - We wnętrzu wulkanu oczywiście – odpowiedział spokojnie i zajrzał w jakiś papiery.

 - Kim wy do cholery jesteście?! – wykrzyknąłem tracąc nerwy. Mężczyzna zsunął z ust maskę i stanął obok mnie.

 - Wiedzieliśmy, że może pan być niewygodny. Opowiem panu wszystko, ale niech się pan uspokoi – kiwnąłem głową i czekałem na odpowiedzi. – Po II wojnie światowej rząd chciał stworzyć tajne laboratorium, które miało wynaleźć laki na różne ciężki choroby. Na raka czy HIV. Grupa wybitnych naukowców, którzy przygotowywali się do tego od lat wyruszyła na wyspę wraz z setką ludzi pozbawionych tożsamości. Byli to ludzie bezdomni lub sieroty. Osoby, których nikt nigdy by nie szukał. Wszyscy wspólnie mieliśmy służyć dobru nauki. Jednak coś poszło nie tak i wybuchł bunt. Ludzie uciekli i podzielili się na dwie grupy. Uzależnieni, alkoholicy i lekomani uciekli na bagna i teraz są znani jako ród Swamp’ów[ii]. Teraz żyje tam drugie i trzecie pokolenie. Ludzie nie wiedzieli co robią i kojarzyli się miedzy sobą brat z siostrą, syn z matką. Również niesprzyjające warunki spowodowały, że ich kod genetyczny się zdegenerował. Teraz są zmutowani i w małym stopniu przypominają ludzi, nie jestem pewny czy pamiętają jeszcze język angielski. Zostali również kanibalami, zjadają się nawzajem, ale i polują na środkowych. Sprawia to, że jeszcze nie wyginęli. Ród który poznałeś to środkowi uciekinierzy. Buntownikom już podczas ucieczki przewodził Will,     ale wtedy jeszcze przypominał Ciebie, nie był taki pozbawiony emocji. Są mądrzejsi od ludzi z bagna, ale nie mogą sobie poradzić. Zapewne zauważyłeś, że brakuje tam dojrzałych kobiet? Mają zachwiany układ odpornościowy przez co często popadają w nieuleczalne choroby. Czasem staramy się im pomóc, ale boją się nas bo nie pamiętają jakie życie prowadzili wcześniej. Naszym obowiązkiem jest podawanie im leków usuwających pamięć, żeby nie zdradzili nikomu co tak naprawdę się tu dzieje.

Powoli zaczynałem wszystko rozumieć. Teraz interesował mnie tylko jeden fakt.

 - Gdzie jest Mina? – zapytałem.

  Mężczyzna zaprowadził mnie do jej pokoju. Dziewczyna leżała nieprzytomna w łóżku. Jej długie czarne włosy rozlewały się na białej poduszce, a rumieniec przypominały mi dzień kiedy po raz pierwszy ją zobaczyłem.

 - Zauważyliśmy, że dobrze się dogadujecie, ale jeśli ją kochasz to musisz odjeść – powiedział. Spojrzałem na niego pytająco. – Musisz pozwolić jej żyć, a niestety przy jej odporności sama twoja obecność ją zabije. Otóż badania wykazały, że zostałeś silnie napromieniowany, jest to pewnie winą sposobu w jaki się tu dostałeś.

 - Jeśli trzeba to opuszczę to miejsce, ale musicie mi obiecać, że nic się jej nie stanie. Ona musi bezpiecznie wrócić do Środkowych – nakazałem i przejechałem palcami po wisiorku, który miała na szyi.

 - Dajemy Ci słowo, że dziewczynie nic nie będzie – powiedział uśmiechając się. Następne co poczułem do igła wbijająca się w moje udo.

  Obudziłem się na środku oceanu. Na skrzydle samolotu dryfującego na falach.

  Gdy dotarłem na ląd przebadałem się wiele razy. Nigdy nie byłe napromieniowany, ani chory na żadną chorobę. Dymiarze oszukali mnie, gdyż widzieli we mnie zbyt duże zagrożenie. Wystraszyli się faktu, że przybyłem z innego świata, że jestem inteligentny, że mogę obalić ich terroryzm. A ludziom dać wiedze, był bym zdolny skonstruować radio lub inny środek łączności. Mógł bym nawet próbować dać im wolność i pomóc opuścić wyspę.

  Minęło już dziesięć lat. Mając dostęp do informacji, sprawdziłem wielokrotnie okolice gdzie może leżeć wyspa, ale nigdzie jej nie znalazłem. Miałem pieniądze więc specjalnie dla siebie zbudowałem jacht, którym przemierzam ocean sprawdzając każdy skrawek lądu w  poszukiwaniu mojej miłości, bo nadzieja umiera ostatnia.

  Jest nowy dzień. Na horyzoncie nie widać nic, ale chyba zanosi się na burzę. Jakieś dziwne chmury gromadzą się nad wodą i coś jakby mgła zmierza w moją stroną, albo ja w jej. Mój jacht zaczyna się kołysać. O Bożę wiedziałem, że …

***

   To ostanie napisane przez Jonathana słowa. Myślę, że znalazł to czego szukał, albo to ona znalazła jego – pomyślałam ściskając w ręku naszyjnik. W mojej głowie powstało tysiąc pytań. Jak wygląda wyspa?  Czy Jonathan jest szczęśliwy? Jak układają się relacje między ludami? Czy Dymiarze ciągle kontrolują wyspę. Może podążając śladem Jonathana, uda mi się to sprawdzić. Przecież wyspa nie może być daleko.

[i] Central Fugitives (ang.) - Środkowi Uciekinierzy

[ii] Swamp (ang.) - Bagna


Zegarek

 Nosiłem go kiedyś na ręce

 dobrze nam było razem 

odmierzał mi chwile radości

 odmierzał mi chwile urazy

  

ale był staromodny

 zupełnie nie na te czasy

 gdy powiew wielkich nowości

 zdmuchuje klasyczne obrazy

  

więc posłuchałem się ludzi

 mówiących o nim  przeżytek

 i wyrzuciłem zegarek 

nie wiedząc że to zabytek

  

brzęknęło szkiełko o ziemię

 odpadła dłuższa wskazówka

 po co nam taki gdy przecież

 zegarek mamy w komórkach

  

że wart był wiele? - nic po tym

 ważne aby być w modzie

 bo dzisiaj w nowej epoce

być sobą nikt już nie może

  

zegarek ktoś kiedyś znajdzie

 i z troską się nad nim pochyli

 bieg czasu nie zawsze ma rację

 i czas się czasem pomyli.

 19.08.14r.

 Przemysław Skrzypczyński

  

Kartka papieru

 Tak bardzo niepozorna

 i wielce zamyślona

 czeka na dnie szuflady

 na swojego odkrywcę

 przecież nie trzeba wiele

 by przypomnieć z przeszłości

 origami pomysłów

 twórczego człowieka

ulubienica poetów

 z widokami na wiersze

lub biała rezygnacja

 symbol braku natchnienia

  

i wypłakane listy

 cenny papier tęskniących

mokry od deszczu smutku

 pod parasolem nadziei

lub samolot z papieru

 wierny towarzysz dzieciństwa

ulotna chwila dla marzeń

 zabawka prosta i bliska

  

może być testamentem

 może być kartą z książki

 zapiskiem z genialnym wzorem

 przestrogą dla potomności

  

więc zanim pogardzisz jak śmieciem

 i wrzucisz do ognia pomyśl

 jak wiele może być warta

 w rękach właściwej osoby.

Bez odpowiedzi

 Tak wiele listów napisałem,

Aż wyczerpałem wieczne pióro,

Długo czekałem na odpowiedź,

Czując niepokój tuż pod skórą.

Tak wiele listów napisałem,

Że aż listonosz zszedł na zawał,

Umarł biedaczek pod ciężarem,

Lecz duch zanosił wiersze nadal.

Tak wiele listów napisałem,

Że aż papieru mi zabrakło,

W końcu znudziło mi się pisać,

Bo i uczucie już wyblakło.

 03.10.14r.

Po zmroku


Po zmroku ciemność zwycięży nad światłem
i płaszcze ciszy przykryją widnokrąg.
Jak gardziel smoka widziadła wyblakłe
pochłoną radość, przechodząc tuż obok.

Zegar księżyca już północ wybija
i bladym światłem opasa równiny.
Gdzieś pośród drzew przemyka się żmija,
gdzieś miauczy kot przez długie godziny.

Niebo w szarości przepływa zbyt nisko,
szum drzew przerywa spokojną ciszę,
chmur czarnych statki nazbyt są blisko,
widać w oddali pierwszą błyskawicę.

Nagle grom spada jak kula armatnia,
wiatr wyje, deszcz pada na zeschniętą ziemię.
Rozpoczął się właśnie burzy strasznej atak,
trwoży się w milczeniu ludzi słabych plemię.

Po burzy, jak zawsze, nadejdzie świt jasny,
rozproszy się mrok, ustąpią ciemności,
szczęście powróci do ludzi znękanych,
którzy muszą ufać własnej wytrwałości.


31.07.12r.

 Piryt


Nie wszystko złoto, co się świeci,
nie ten jest mądry, kto dużo mówi,
nie każdy uśmiech musi być szczery
i piękne słowa mogą nas łudzić.

Nie ten jest dobry, kto obiecuje,
lecz ten, kto dotrzyma - takich jest mało;
nie każde słońce światłem szafuje,
nie każdy brylant ma dużą wartość.

Płonące źródło bywa zatrute,
jedyne szczęście, jakie nam dano;
to, które z naszym sercem jest skute,
Będzie już jutro najcięższą karą.

                                              
22.12.11r.

 
Slideshow by phatfusion
Design by Next Level Design Lizenztyp CC

-:)Yeti-Kolos(:-